Warning: include(/home/andre590/domains/vw-oldschool.pl/public_html/wp-content/plugins/wordfence/stats.php) [function.include]: failed to open stream: No such file or directory in /home/andre590/domains/vw-oldschool.pl/public_html/index.php on line 31

Warning: include(/home/andre590/domains/vw-oldschool.pl/public_html/wp-content/plugins/wordfence/stats.php) [function.include]: failed to open stream: No such file or directory in /home/andre590/domains/vw-oldschool.pl/public_html/index.php on line 31

Warning: include() [function.include]: Failed opening '/home/andre590/domains/vw-oldschool.pl/public_html/wp-content/plugins/wordfence/stats.php' for inclusion (include_path='.:/usr/local/php5.2/lib/php') in /home/andre590/domains/vw-oldschool.pl/public_html/index.php on line 31
Gibraltar Trip 2016

Gibraltar Trip 2016

 

Cześć wszystkim!

Zachęcony przez kilka osób, postanowiłem opisać i podzielić się z wami, naszą wyprawą, starymi Volkswagenami T3 przez sporą część Europy.

Jestem Bartek, dla wielu znany jako „Gilot”. Zachorowałem na starą motoryzację jeszcze przed zdaniem prawka. Na pierwsze auto trafił mi się VW Derby do generalnego remontu i od tego się zaczęło. Wyremontowałem pierwszego, potem był drugi Derbiak, ale  gdy trafiłem na internecie na filmiki grupy „Busem przez Świat”, zakochałem się w tym sposobie podróżowania, tym bardziej, że miałem już mocno zaszczepioną miłość do starych VW. No i stało się, zamarzył mi się własny Volkswagen Transporter T3, którym mógłbym ze znajomymi zacząć zwiedzać trochę Świata.

Niestety po zorientowaniu się w cenach osobowych busów, wiedziałem że nie będzie łatwo z moim budżetem. Szukałem długo, aż do dnia kiedy podszedł do mnie kolega w pracy z tekstem „słuchaj widzę że jeździsz Volkswagenem na żółtych tablicach, mam do oddania starego Transportera, jak Ty nie weźmiesz to go złomuję”. Pojechałem i zobaczyłem swoje marzenie! W pełni przeszklony,  9 osobowy, zółciutki busik z benzynowym boxerem 1.9 i długa skrzynią 5 biegową, IDEAŁ! i to w cenie złomu… i niestety jak się później okazało, w stanie klasyfikującym się na złom.(Był rok 2013)

Pełny remont blacharski, wnętrza, przygotowania na dalsze wyprawy, łącznie ze zmianą silnika na bardziej popularny, tańszy i łatwiejszy w obsłudze 1.9TD AAZ, trwał ponad rok.

Od zakupu busa zrobiłem ledwo parę kilometrów od mechanika do elektryka. Postawiłem, że co by się nie działo musi pojechać na Woodstock 2015 (1800km w dwie strony) i tak się stało, chociaż przyznaję że nie bez przygód. Na Woodstocku poznałem Adama – właściciela drugiej T3, z którym postanowiliśmy, że na następne wakacje jedziemy w Świat na dwa busy.

Rok minął bardzo szybko, w tym czasie ustaliliśmy trasę i cel naszej wyprawy, przygotowaliśmy busy, zorganizowaliśmy 13 osobową ekipę i 10 lipca 2016 roku wyruszyliśmy w stronę Kostrzyna nad Odrą na Woodstock 2016. Po drodze musiałem jeszcze parę razy odpowietrzyć układ chłodzenia przez świeżo wymienioną pompę wody ale ogólnie dojechaliśmy bez problemu.

Na festiwalu zalegliśmy na cały tydzień i po 7 dniach ciągłej bawki zdaliśmy sobie sprawę że przed nami jeszcze miesięczna wyprawa. Do tego poranek wyjazdu w stronę Berlina, przywitał mnie faktem, iż urwałem mocowanie tłumika wjeżdżając na pole namiotowe, a Adamowi prawdopodobnie zawiesił się termostat i zagotował płyn – dobry start to połowa sukcesu. Ogarnęliśmy szybko busy, zrobiliśmy ostatnie zakupy w Polsce i popołudniu byliśmy już w Berlinie po resztę ekipy.

Skompletowani, zapakowani jak sardynki i pełni entuzjazmu, szybko opuściliśmy Berlin i udaliśmy się w stronę Holandii. Drogę przez całe Niemcy pokonaliśmy bez żadnego problemu, zmartwiły nas jedynie informacje z Polski, że we Francji były jakieś zamachy i możemy mieć problemy na granicy z Francją.

Drugą noc spędziliśmy nad Holandzkimi jeziorami w miejscowości Heel, w której wypraliśmy wszystkie rzeczy po Woodstocku, a z rana zostaliśmy po raz pierwszy wyrzuceni z miejscówki. Przejechaliśmy na szybko całą Belgię. Na granicy z Francją tak jak się spodziewaliśmy (dwa hipisowskie busy załadowane po sam dach, trochę rzucały się w oczy), zostaliśmy całkowicie przeszukani: ekipa, busy i cały nasz bagaż ale nie było tak strasznie jak myśleliśmy, Panowie byli dość mili, nie robili nam problemów, trochę nawet pośmialiśmy i puścili nas dalej. Po długich poszukiwaniach miejsca na spanie pod Paryżem, zatrzymaliśmy się w miejscowości Poissy. Z rana oczywiście zostaliśmy z naszej miejscówki wyrzuceni, więc porządne śniadanie postanowiliśmy urządzić na parkingu supermarketu. Widok smażących i gotujących 13 osób na parkingu przyciągał dość mocno wzrok ale o dziwo, po raz pierwszy nikt nie miał nic przeciwko.

Przez ostatnie dni nic nie zwiedzaliśmy, a jedynie cisnęliśmy kilometry żeby jak najszybciej dojechać do pierwszej plaży w La Rochelle – Francja i wieczorem tego samego dnia w końcu dotarliśmy! Zobaczyliśmy nasz pierwszy Ocean, mega dumni i zadowoleni, tym bardziej że trafiliśmy na mega miejscówkę na klifie z idealnym widokiem! Uczciliśmy ten moment na tyle dobrze, że poranny wyjazd nam się „lekko” przesunął w czasie, a jak udało nam się w końcu pozbierać to po przejechaniu może 10km wzdłuż Oceanu stwierdziliśmy, że nikomu  nie chce się jechać i rozbiliśmy kolejny obóz w Angoulins.

Tam poznaliśmy parę z Rumuni którzy podróżowali Transporterem T4, jechali właśnie z Gibraltaru i wiedzieliśmy już że ten wieczór będzie dłuższy niż myśleliśmy. Nad ranem odwiedzili nas panowie policjanci i wlepili mały mandat za nie wykupienie postojowego czy coś w tym stylu. Ponadto zorientowałem się że nie mam dobrze ustawionej zbieżności w busie i zdarło mi dość mocno oponę na jednym kole. Okazało się również, że nie mamy podnośnika który dałby radę podnieść nasze busy na odpowiednia wysokość…(idealne przygotowanie na eurotripa) ale pomogli nam Rumuni z T4. Szybka przekładka kół i obliczenia, że skoro mam jeszcze 4 dobre opony, a przejechaliśmy już 2500km to spokojnie zrobię jeszcze te 7500km przekładając koła 😀

Po dwóch dniach wyjechaliśmy, po drodze zwiedzając piękne Bordeaux, gdzie stacyjka w moim busie odmówiła posłuszeństwa i musieliśmy po raz pierwszy odpalać mojego busa „na pych”. Trochę nadrabiając dotarliśmy pod wieczór na samo południe Francji i jak gdyby nigdy nic rozłożyliśmy się z namiotami i hamakami w parku nieopodal plaży. Jak się rano okazało był to Park Narodowy, a Francuskie Carabiniery grozili nam mandatem w wysokości 1500 euro za nocowanie i palenie ognia w tym miejscu. Możliwe, że jedynie widok mnie naprawiającego stacyjkę i tłumaczenie, że awaria nas do tego zmusiła, uchroniła nas od kary i skończyło się jedynie na krzyku i pouczeniu.

Tego samego dnia przejechaliśmy nareszcie granicę z Hiszpanią i kolejne 4 dni spędziliśmy na jej północnych plażach, pijąc leniwie wino, wspólnie gotując, bawić się całymi dniami na plażach i powoli przesuwając się na zachód do Santiago de Compostela. Było to na prawdę powolne przesuwanie, bo poruszaliśmy się cały czas wzdłuż wybrzeża, pasmem gór, wjeżdżając co jakiś czas w okropnie gęste mgły które zredukowały naszą średnia prędkość do ledwo 30km/h.

Po zwiedzeniu Santiago de Compostela, ciągle trzymając się wybrzeża i zaliczając coraz lepsze plaże, udaliśmy się na południe w stronę Portugalii, gdzie z każdym przebytym kilometrem powiedzenie „nie ma klimy ale jest klimat” zaczęło nabierać coraz większej mocy.

Zwiedziliśmy, według mnie, jedno z ładniejszych miast na całej naszej trasie – Porto, w którym większość naszej ekipy poznała się na Erasmusie.

Lizbonę, gdzie przez całkowity przypadek wjechaliśmy na najdłuższy most w Europie – Vasco da Gama, którego długość to aż 17,2 km i na jego środku ma się wrażenie jazdy przez sam Ocean.

Po przejechaniu Lizbony otoczenie stało się już całkowicie inne niż widujemy na co dzień. Roślinność stała się dużo bardziej żółto-czerwona, a ziema dużo bardziej piaszczysta i sucha. Po drodze popełniliśmy jednak błąd i zamiast udać się w kierunku najładniejszych klifów w Portugalii skręciliśmy już bardziej w stronę Hiszpanii i zanim się zorientowaliśmy było już zbyt daleko na powrót. Dla otarcia łez, znaleźliśmy bezpieczne miejsce w portowym mieście Olhao, by zostawić nasze busy i wykupiliśmy bilet na rejs na jedną z pobliskich, malutkich wysp – Ilha do Farol, gdzie spędziliśmy noc na plaży. Na wyspie znajdowało się malutkie miasteczko z jednym sklepem, jedną restauracją i latarnią morską, a na ulicy kilku letnie dzieci na własnoręcznie postawionych straganikach sprzedawały przed domem swoje koraliki, wysiorki i wielkie muszle – świetny klimat!

Niechętnie opuszczając wyspę, następnego dnia byliśmy już pod wieczór w Sewilli oddalonego nieco od Oceanu, przez co upał był nie do zniesienia, więc szybko udaliśmy się spowrotem w okolice wybrzeża do Kadyks, a następnie do głównego punktu naszej całej wyprawy, czyli Gibraltaru!

Od tego momentu zaczęły się nasze problemy z busami. Dojeżdżając do ostatniej plaży przed Gibraltarem, w moim busie zerwało wieloklin z wałka wychodzącego ze skrzyni i straciłem wszystkie biegi. Ostatecznie udało mi się to prowizorycznie naprawić, niestety poprawiając prowizorkę co około 50km. Żeby było śmieszniej rankiem w busie Adama pękła podpora od dźwigni zmiany biegów i również nie dało się wbić żadnego biegu, z czym mieliśmy trochę więcej problemów. Dopiero po zwiedzeniu góry Gibraltarskiej, wkurzeniu paru małp, zobaczeniu Afryki i przemyśleniu tematu naprawy, dzięki temu że Adam w swoim busie miał przetwornicę mogącą uciągnąć wiertarkę, daliśmy radę usterkę jako tako naprawić i od tego momentu kierowaliśmy się już na północ, w stronę domu.

Zaraz za Gibraltarem spotkaliśmy ekipę Litwinów, którzy również zaczęli swoją podróż od Woodstocku i jechali dokładnie tą samą trasę tyle że w przeciwnym kierunku co my, więc spotkaliśmy się idealnie w środku naszych wypraw! Taka sytuacja mogła skutkować tylko jednym – bardzo ciężkim porankiem.

Gdy się już ogarnęliśmy i byliśmy w stanie wyruszyć dalej, spokojna podróż nie trwała długo. Moja prowizoryczna naprawa się poddała i bez ingerencji spawacza nie było mowy o dalszej jeździe, mogłem jedynie wbić jeden wybrany bieg na postoju wchodząc pod samochód. Nie stanowiłoby to wielkiego problemu gdyby nie fakt, że byliśmy w połowie drogi do miasteczka Ronda, położonego w górach. Powoli doturlaliśmy się na miejsce i po długich poszukiwaniach odnaleźliśmy Hiszpana, który nie dość że posiadał spawarkę, to potrafił biegle mówić po angielsku, co było naprawdę rzadkością w tamtych rejonach.

Po skutecznej naprawie mojego busa i zwiedzeniu genialnej Rondy (miasto na skale)! Musieliśmy trochę nadrobić stracony czas i wyruszyliśmy do Malagi, później odwiedziliśmy Granadę, a następnie przez Murcję, aż do Walencji i Barcelony.

Droga wzdłuż wybrzeża była piękna, a morska bryza przyjemnie łagodziła temperaturę. W końcu zatrzymała nas kolejna awaria, w busie Adama tuż przed granicą z Francją pękła łapa skrzyni biegów i znów potrzebowaliśmy spawarki, którą jednak znaleźliśmy o wiele szybciej niż poprzednią.

Następnego dnia obudzeni przez bardzo zdenerwowanego policjanta, który krzyczał do nas w 3 językach na raz (znów spaliśmy i paliliśmy grilla w jakimś parku narodowym, a panowało zagrożenie pożarowe na terenie całej Hiszpani i Portugalii) opuściliśmy Hiszpanię. Przecięliśmy całą Francję i zatrzymani kolejną awarią już we Włoszech w miejscowości Imperia, z powodu weekendu i poniedziałkowego święta, utknęliśmy na 4 dni. Po mega lenistwie i wypoczynku oraz naprawie czerwonego busa musieliśmy już dość szybko wracać do Polski.

Zahaczyliśmy jedynie po drodze Wenecję, i kolejna awaria łożyska w moim busie zmusiła nas do noclegu na Słowenii, gdzie ludzie okazali się bardzo pomocni i przede wszystkim z każdym dało się dogadać po angielsku. Dalej już tylko Balaton na Węgrzech i z jednoczesną dumą, smutkiem i zadowoleniem, że pokonując 10 000km, przez 12 państw w 42 dni wszystkim udało się cało i zdrowo wrócić do Polski!

To był na prawdę szalony, mega spontaniczny i pełny wrażeń wyjazd, którego tak naprawdę ciężko streścić w tak krótkim opowiadaniu. Każdemu polecam chociaż raz wybrać się na podobny wyjazd, bez ustalonego noclegi, ani szczegółowego planu podróży!

Mam nadzieję, że podobała wam się moja opowieść o pierwszej tak długiej wyprawie. Oczywiście na tym nie poprzestaniemy, a tylko utwierdziliśmy się w przekonaniu że naszymi starymi busami da się wszędzie dojechać i z każdego problemu jest jakieś wyjście. Aktualnie planujemy już kolejną wyprawę naszymi busami, tym razem po całych Bałkanach z finałem w Atenach, być może już na 3 Transportery T3 – trzymajcie kciuki!

Tych którzy chcą zobaczyć więcej zdjęć, filmów i relacji z naszych wyjazdów zapraszam na Facebookowy fanpage „Projekt Arbus

Zobacz inne wpisy:


Dodaj komentarz

© 2012 vw oldschool
Powered By Meedia.pl

Hit Counter provided by plumber orange county