Moja historia dlaczego akurat oldschool’owy VW? By Mario

Moja historia dlaczego akurat oldschool’owy VW? By Mario

Początek mojej przygody z VW był banalny, ale chyba odcisnął piętno na całe życie.
Dawno temu, kiedy szczytem marzeń był Polonez, a i FSO 125P robił zamieszanie na ulicy, mój serdeczny kolega kilka lat starszy ode mnie, w przypływie dobrego  humoru i gotówki uzyskanej ze sprzedaży plonów rolnych, przy dopingu mojej skromnej osoby, nabył drogą kupna na giełdzie samochodowej golfa Mk1 1.5 benzyna w podobnym kolorze, w którym po Poznaniu lansuje się PanieSzymonie.

Był rok 1984, może 1985, a golf chyba z 1978 roku, w bardzo dobrej cenie, oczywiście w stanie idealnym :), ale do drobnych poprawek blacharskich i lakierniczych. Ponieważ sprzedającą  była urocza kobieta, wtedy według moich standardów bardzo stara (czyli około 30-letnia), ze wzrokiem budzącym zaufanie, obydwaj ze Świętym (moim kumplem) byliśmy pewni, że jest to biznes życia. Ale jak to w życiu bywa rzeczywistość okazała się okrutna. Silnik brał oleju tyle co benzyny, więc pierwszą robotą był remont silnika. Po wyciągnięciu motoru okazało się że nie ma go do czego wkładać, więc zrobiona została blacharka, przy okazji został zmieniony tylny pas ze starej na nową, szeroką lampę. Tak, tak, kiedyś się robiło takie rzeczy. Teraz się robi coś czego nie lubię, czyli wąską lampę, chociaż była szeroka.:) Auto dostało nowy lakier i czym prędzej udaliśmy się na giełdę, celem znalezienia większego frajera od siebie. Ale mimo wszystkich perturbacji z tym paździerzem sentyment jednak gdzieś tam pozostał. Był o przepaść lepszy od Maluchów, Fiatów i Polonezów, przy których grzebaliśmy.
Później przyszły nowe lepsze czasy, otworzono granice, zalała nas fala różnej maści samochodów i przyszły różne dziwne fascynacje. Szkoła samochodowa, pierwsza praca i nastał moment zakupu własnego samochodu. Był rok 1992, a Golf GTI  był poza zakresem marzeń, więc wybór padł na VW Garbusa. Auto  namierzyłem blok dalej. Moi rodzice, większościowi udziałowcy, zaparafowali wybór i stałem się posiadaczem Garbusa 1303 z 1974 roku.

Był tylko 2 lata młodszy ode mnie, więc się świetnie rozumieliśmy. Auto miało biały kolor, laczki 225 i brało zakręty jak Porsche 911. Ale pewnego dnia przy przechodzeniu w nadprędkość  tłoki postanowiły wyjść z bloku się ochłodzić. Silnik wypadł na jezdnię i trzeba było garbusika zaholować w bezpieczne miejsce. Korzystając z okazji, postanowiłem dokonać remontu blacharki i zapodać nowy lakier, a także wpakować silnik z Porsche 914. Niestety fachowiec pieprzył robotę, buda zgniła, silnika nie znalazłem, a w tak zwanym międzyczasie zakupiłem Lancię i przygoda z VW się skończyła.

Potem przyszła era plastikowych samochodów, które zacząłem kupować, zmieniać na nowsze aż doszedłem do momentu w którym zawinąłem się wspaniałą Xsarą Picasso na słupie oświetleniowym. Na szczęście posiadaliśmy alternatywny środek lokomocji w postaci Fiata 126p, ale pojawił się problem – co nowego kupić. Po namowach kolegów, i pod wpływem wspomnień mojego pierwszego kontaktu z autem  VW, postanowiłem zakupić  fantastycznego Passata B5 GP z silnikiem 1.8 T. Ach co to był za paździerz. Nigdy nie byłem pewien czy dojadę do celu, a przecież kiedyś VW były nie do zajechania.  I tak pewnego dnia,  przyjechałem do kolesia i zobaczyłem pod jego domem bordowego Golfa MK1 Cabrio.


Nogi mi się zgięły, zacząłem się ślinić i pytam czyje to jest? Koleś mówi że to jego kumpla, który tu z nim mieszka. Mówię sprzedaj, a on nie. A psuje się to bardzo? A on mówi że nie. I tak przy każdej okazji, przez kilka lat. Później przyszły kolejne, nowsze samochody, ale za każdym razem pojawiał się ten sam problem awaryjności. Skoro są nowoczesne i takie super, to dlaczego nie mogę dojechać spokojnie do roboty i częściej jadę lawetą niż samochodem.
I pewnego razu, w najmniej odpowiednim momencie, po sześciu czy siedmiu latach od pierwszego spotkania  dzwoni telefon i koleś się pyta czy dalej chcę kupić Cabrio. Biłem się z myślami przez kilka dni, ale stwierdziłem że takie okazje dwa razy w życiu się nie zdarzają. Więc dzwonię i mówię że biorę.

Trochę zabawy żeby doprowadzić do przyzwoitego stanu technicznego i zaczynam normalną eksploatację. Wstaję rano, odpalam i jadę do roboty. Wychodzę z roboty odpalam i jadę do domu. Chcę jechać na zakupy i normalnie jadę. O co chodzi? Jest stary, ma 20 lat i działa. Nic nie błyska, nie piszczy, nie informuje kiedy musisz napić się kawy, kiedy zapiąć pasy, kiedy dolać płynu do spryskiwaczy. Wiadomo kiedy, wtedy jak się skończy, klocki jak zaczną trzeć, a kawę jak mi się chcę. Więc można bez tych kretyńskich wynalazków żyć. A co gorsza dojazd do roboty zajmuje dokładnie tyle samo czasu co nowym autem. Więc ktoś nas robi w konia wmawiając że twój stary samochód jest zły. Teraz po latach doświadczeń wiem że jest lepszy.

I tak po kilku miesiącach bezawaryjnej eksploatacji, dowartościowany widokiem spoglądających może z nostalgią, a może z zazdrością innych kierowców, w moim chorym umyśle zaczął kiełkować pomysł. A gdyby tak zrobić od podstaw takiego nowego starego Golfa MK1? Nowa blacha, nowy lakier, nowy silnik i cała mechanika oraz tapicerka. I normalnie nim jeździć na co dzień.  Zamiast jakiegoś badziewia z deską rozdzielczą wykonaną z butelek po napojach, silnikiem od kosiarki z ośmioma turbinami, systemem  Start&Stop, który nic nie wnosi do ekologii a tylko wkurza, tapicerką o jakości reklamówki z marketu, i innymi bezsensownymi bzdetami które są nam wciskane przez specjalistów od marketingu. Po prostu auto z duszą w czystej formie. Drzwi, szyby, fotele, kierownica, wycieraczki, koła. Takie, w którym jak już zapalisz silnik, to na pewno dotrzesz do celu. A jak się popsuje, to wyciągniesz scyzoryk i naprawisz.
Przez dłuższy okres czasu przeglądałem ogłoszenia, jeździłem po Polsce i oglądałem różne wynalazki. Aż pewnego marcowego ranka ubiegłego roku, przeglądam sobie jeden portal ogłoszeniowy, a tam stoi czerwone GTD.

Ze zdjęć widać że nie gmerane, motor oryginalny, żadne szczepy, w miarę kompletny i parę ulic dalej. Więc dzwonię, umawiam się, oglądam i dwa dni później podejmuję decyzję, że pakuję się w tą zabawę.


Od tamtego momentu minął rok czasu, dużo prac już zostało wykonanych, auto zaczyna wyglądać i wielu przeciwników tego pomysłu zaczyna nabierać dystansu do tego co zostało zrobione. Wielu kolegów popada w lekką zadumę patrząc na to coś, bo wielu z nas za „małolata” marzyło o takim Golfie. 😉

Nie będę się tu rozpisywał co już jest zrobione a co jeszcze będzie, bo i tak już nieźle przynudziłem. Ale z drugiej strony przygoda zaczęła się tak naprawdę 28 lat temu i trudno to wszystko opisać w kilku zdaniach. Gdzieś te stare Vw-eje przewijały przez większą część mojego życia.
A może ta przygoda z oldschoolem to jakaś realizacja chłopięcych marzeń? Jakaś podróż sentymentalna? Chyba coś w tym musi być, bo zawsze jak coś tam przy nim grzebię lub jadę sobie to zapominam o wielu przyziemnych sprawach, relaksuję się i myślami wracam do tego pierwszego golfa którego ujrzałem.
P.S.
Niektóre foty są mocno poglądowe, gdyż nie bardzo wiem gdzie szukać swoich starych fot.

Edit:
O aucie Mario i jego dokładnej historii możecie poczytać na forum.

Galeria:

2 Comments on “Moja historia dlaczego akurat oldschool’owy VW? By Mario

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*