Oldschoolowe wczasy.

Oldschoolowe wczasy.

Na dworze zimno, garaż daleko, nie ma sensu w furze dłubać, więc mi się na wspominki wzięło. Cofnąłem się pamięcią kilka miesięcy wstecz, do turbo podróży po Bałkanach 🙂

Kilka osób prosiło o dokładniejsze opisanie wycieczki, a że złapałem akurat floł, to piszę. Na początku chciałem opisać, „jak nie jechać Golfem na Bałkany”, ale w sumie dojechaliśmy i wróciliśmy, więc bez sensu. Potem postanowiłem opisać „jak jechać Goldem na Bałkany”, ale zbyt wiele niedopatrzeń było, więc nie jesteśmy dobrym wzorem do naśladowania.

Będzie to prosta historia z cyklu „Ja, konkubina, kabriolet, namiot, dwie karimatki i butla gazowa”. I tyle, bo czego chcieć więcej.

DSC00072

Kiedy to się zaczęło?

Chyba na pierwszym zlocie w Bieszczadach, 5 lat temu. Zrobiliśmy wtedy około 2000 kmów, okazało się, że Golf dał radę, z komfortem nie było źle, i złapaliśmy bakcyla na podróże lansoVWozem.

DSCN4203

Później poznałem Nigola, który pojechał swoim cabrio na Bałkany, później z nim porozmawiałem i padła decyzja – JEDZIEMY. A jeszcze później wszystko się wysrało. Najpierw Golf złapał zadyszkę, był sezon kiedy technicznie co chwilę coś się wywalało (przyczyn tego szukam w mojej osobie, która nie mając żadnego doświadczenia ze śrubokrętem i młotem, porwała się na remont). Później ja złapałem zadyszkę finansową i tak minęły dwa lata, a Golf zamiast jarać lacza w Czarnogórze, miał kłopoty z wyjazdem z garażu. Ale słowo się rzekło, piniundze na naprawy się znalazły, więc zaczęliśmy przygotowania.

Przygotowania (miały być skrupulatne i długie)

Na początek auto –  plan był taki, żeby w trakcie zimy założyć nowy wydech, ogarnąć audio, zrobić na cito zawieszenie. Zakupiłem kozę do dziupli i mogłem działać…
Do czerwca miałem go złożyć w spokoju pojeździć przez wakacje i pod koniec sierpnia ruszyć na upragnione wczasy na Bałkanach. Wszystko miałem zrobić sam, bo przecież to nic trudnego

1908370_766988570018293_5001381264594167061_n

W teorii wyglądało to całkiem logicznie! Rzeczywistość wyglądała tak, że dzień przed wyjazdem odebrałem golfa od mechanika. Rura na obwodnice, pach, pach 160km/h nic nie odpadło, nic się nie spaliło, czyli sprawny. Powrót do domu i pakowanko

I tu mała dygresja i dobra rada od Wujka Szymona – nie róbcie tak. Wyjazd w podróż życia autem odebranym dzień wcześniej od mechanika to nie jest dobry pomysł. Teoretycznie oczywiście, bo w praktyce daliśmy radę. Ale pierwsze 300 kmów to wysłuchiwanie pisków, trzasków, potencjalnych awarii, a potem to już skuteczne eliminowanie tych awarii.

Co poza autem  trzeba ogarnąć:

  1. Trasę
  2. Noclegi
  3. Atrakcje
  4. Sprzęt biwakowy
  5. Aparat foto
  6. Iiii, moim zdaniem mega fajna sprawa – kamerka POV.

Co jeszcze? Sprawne gniazdo zapalniczki i miliony ładowarek samochodowych. Serio w pewnym momencie okazało się, że ładowania potrzebuje: nawigacja, 2 telefony, kamerka, pilot do kamerki, aparat foto. A wszystko podczas jazdy.

DSC00349_01

Trasa

Była z grubsza opracowana. Poznań – Budapeszt (nocleg, przerwa, zwiedzanie) – kanion rzeki Tara (nocleg, spływ, dzień relaksu) – Ulcinje (15 kmów od granicy z Albanią) A potem, gdzie nas nogi i fura poniosą. Planowaliśmy wypady na bieżąco. Kiedy jedziesz starą furą jest to moim zdaniem optymalna trasa. Dlaczego? Już spieszę z wyjaśnieniami.

Po pierwsze, nie zmęczysz się. Jazda starą furą, na obniżonym zawieszeniu, bez dachu, ze zdecydowanie głośniejszym wydechem jest bardziej wymagająca, niż w tdiku z klimą. Po prostu się szybciej męczysz. A nie chodzi o to, żeby dojechać na miejsce i dwa dni odsypiać podróż.

Po drugie, masz czas na eliminowanie drobnych awarii 😉 dolanie płynu hamulcowego, naprawę przepalonej żarówki, sprawdzenie dlaczego radio nie gra wtedy, kiedy ty chcesz a tylko i wyłącznie wtedy, kiedy ono chce.

Po trzecie, więcej zwiedzisz – Budapeszt jest po drodze i grzechem jest go ominąć i nie zobaczyć. Miasto z super klimatem, ceny zbliżone do polskich, dobre wino, super jedzenie. Czego chcieć więcej? Jeśli nie lubicie miast, możecie zrobić sobie przerwę nad Balatonem.

DSC_0066

DSC00140

Po czwarte – jako Poznaniak muszę to powiedzieć – zaoszczędzisz. Serio. Staraliśmy się jeździć drogami bezpłatnymi i nie żałujemy. Dlaczego staraliśmy się jeździć bezpłatnymi drogami? Po pierwsze, bo były bezpłatne 😛 I po drugie, bo oferowały nam widoki i niespodzianki, jakich nie mogliśmy się spodziewać. Pola, łąki, droga na Ostrołękę, sami rozumiecie. O ile Polska, Słowacja, czy Węgry nas nie zaskoczyły, to już Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra, czy Chorwacja zaskakiwały nas na każdym kroku. Gwarantuję, że jeśli wybierzesz przejazd przez góry BiH kilka razy dziennie wyszepczesz pod nosem „Kochanie, jak tu pięknie” (bądź, jeśli jesteś takim prostakiem jak ja powiesz „Kurwa, ale zajebiście! Mieszkałbym!”)

DSC_0424

Właśnie góry BiH…a właściwie drogi w tychże górach są piątym powodem, dla których warto drogę podzielić na krótsze odcinki. Generalnie, zasadniczo, pobieżnie są niezłe, zbliżone stanem do polskich dróg, ALE… kamienie spadają ze szczytów i se leżą na drodze. I co zrobisz? Nic nie zrobić – będziesz uważać i jechać wolno. Poza tym, nagle, zazwyczaj tuż po wyjeździe z tunelu, kiedy twój wzrok nie jest przyzwyczajony do słońca asfalt znika. Nie ma i już. Tak mniej więcej na długość 1 metra po prostu znika, świeci tam spora dziura. No i co zrobisz? Nic nie zrobisz – będziesz uważać i jechać wolno. No i fury, oldschoolowe fury wszędzie, w większości serwisowane przez Cytryna i Gumiaka. A ty przecież musisz je zobaczyć. No i co zrobisz? Nic nie zrobisz – będziesz uważać i jechać wolno.

DSC_0364

Są jeszcze drogi w Czarnogórze, które, zwłaszcza w okolicach Ulcinje są niebezpieczne. I nie chodzi mi tu o mitycznych ognistokrwistych bałkańskich kierowców, którzy wyprzedzają zawsze i wszędzie a najlepiej tuż przed zakrętem, z nieodłącznym szlugiem w ustach. Nie, chodzi o nawierzchnię. Kilkukrotnie zauważyłem, że nagle wpadam w lekki poślizg. A to przy hamowaniu, a to przy ruszanie, praktycznie zawsze z ronda wyjeżdżałem niekoniecznie kontrolując tor jazdy. Myślałem, że to kwestia kątów w przednim zawieszeniu, które przed wyjazdem pochyliłem. Ale nie! Podczas jednego noclegu spotkaliśmy motocyklistów z Polski, którzy zaliczyli wywrotki i zwrócili nam uwagę na jedną rzecz – większości lokalnych aut jeździ na zimówkach. I faktycznie, lokalsi śmigali na zimówkach. Zarówno golfy mk2, jak i audi Q8 jeździły na zimówkach. Ot taka ciekawostka 🙂

Noclegi.

Krótko i zwięźle. Namiot, śpiwory i Euro załatwią sprawę.

DSC_0087

DSC00371

Na docelowym kampingu do plaży mięliśmy z 20 metrów, do morza z 50, a wszystko to w otoczeniu klasyków 😉
Na trasie spaliśmy w hostelach, na miejscu w namiocie i na samym końcu, kiedy mocno padało w kwaterze. Kwaterę wybraliśmy w stary i wypróbowany sposób – „z dypy”. Po prostu byliśmy zmęczeni meeega ulewą, lejącą się wodą do środka auta i 5 godzinną podróżą, podczas której pokonaliśmy 100 kmów. Istny Armagedon, strumienie wystąpiły ze swoich koryt, ziemia się osuwała i takie tam. Po prostu skręciliśmy na podwórko, które wyglądało na nienajdroższe i nienajtańsze i w trymiga dobiliśmy targu z gospodynią, obustronnie popisując się znajomością wielu języków.

– personen?
– zwei
– dwie noce?
– dwie
– tu jest wasz pokój a ja idę krowy doić.

I pokazała się za dwa dni ze śliwowicą. Do tego czasu nie chciała żadnych pieniędzy, nic. Generalnie klimat był taki czilałtowy, że zostaliśmy dłużej. Dom był nad morzem, i kiedy mówię nad morzem, mam na myśli 5 metrów. Od wody odgradzała nas tylko droga. Rano budził nas lokalny rybak wołający „riby, riby, świeże riby”, wieczorem muczenie krów, ewentualnie gospodyni ze śliwowicą. Spotkaliśmy tam Czechów, którzy do Czarnogóry jeździli od 12 lat, wspomnianych wcześniej motocyklistów. Fajny klimat i czil…w sumie z przypadku.
Podsumowując – z noclegami raczej nie ma problemów, ale nie ma co tego zostawiać na ostatnią chwilę

Atrakcje

Jezusmariajuzefieświęty ile tego jest. Absolutny must have to:

  1. Kanion rzeki Tara i rafting (nie zdążyliśmy tego sobie ogarnąć z PL, ale na miejscu okazało się, że nie jest to problemem. Co więcej jest taniej)
    DSC00275
  2. Ogólnie góry – nam do gustu przypadły te w BiH bo były dzikie a dreszczyku emocji dodawały tabliczki z krótkim, acz jasnym komunikatem „Stop. Achtung, minen” Przykry spadek po tej idiotycznej wojnieDSC_0110
  3. Zatoka Kotorska
    DSC00560
  4. Morze… po prostu morze. Nie jest morze super czyste, nie ma pięknego koloru, nie spotkasz tam tropikalnych ryb, ale jest i to jest fajne. Dodatkowo, jeśli ktoś lubi sporty ekstremalne, to musi odwiedzić Wielką Plażę, która ponoć jest najlepsza do kitesurfingu.
    DSC_0142
  5. Wodospady Kravica w BiH – mają swój klimat. Znajdują się kilkanaście kilometrów od Medżugorie, wiecie tego miejsca pielgrzymek. Przy samych wodospadach mieszają się lokalsi i pielgrzymi z małą domieszką takich przypadkowych ludzi jak my. Fajny klimat, bo w przy huku opadającej wody, obok siebie na trawie są lokalsi w gaciach ciągnący piwo i pielgrzymi odprawiający mszę. A co po mszy? Dostają komunikat „macie 15 minut” i rozbierają się do bielizny i wskakują do lodowatej, naprawdę lodowatej wody. Dla mnie bomba 🙂DSC_0406
  6. Chyba warto się zatrzymać na dłużej w jakimś większym mieście, żeby poczuć klimat. My tego nie zrobiliśmy i trochę żałujemy. Spędziliśmy jeden dzień w Banja Luce i bardzo pozytywnie nas zaskoczyła. Ponoć Sarajewo jest klawe. My Sarajewo zapamiętaliśmy z innej strony. Ze strony cmentarzy, które były ulokowane pomiędzy ślimakami zjazdowymi z obwodnicy. Trochę creepy.

Aparat foto i kamerka POV.

Może być GoPro, może być tańsza. My wybraliśmy Sony Action Cam i raczej nie żałujemy. Aha, najważniejsze. Kijek! Bez kijka do kamery nie ma zabawy! Jeśli nie macie lokaja, który będzie Wam strzelał zdjęcia przy każdej atrakcji, musicie mieć swój kilek 🙂 Podczas 2 tygodni zebraliśmy prawie 50 GB filmów i zdjęć. Teraz tylko te filmiki obrobić…

Czego nie trzeba ogarniać?

Jedzenia
Moim zdaniem nie ma sensu zabierać zupek, konserw, zapraw i słoików od mamy. Żarcie na miejscu jest tanie, smaczne i co najważniejsze lokalne. Nie po to jedziesz tyle kilometrów, żeby leżąc na plaży, patrząc na piękny zachód słońca zagryzać paprykarz szczeciński. O nie!

Języka
Angielski, niemiecki, serbski – nie ma problemu. Wszędzie po trochu coś tam mówią. A najłatwiej jest w miejscach mniej turystycznych, gdzie najłatwiej dogadać się za pomocą rąk i uśmiechu. Serio – im miejsce mniej oblegane przez turystów, tym ludzi milsi. Może jeszcze nie są zmanierowani?

Wierzcie mi na słowo, nie potrzebujecie wiele organizować, żeby taka wycieczka doszła do skutku. Nie ma się co zastanawiać.

A jak przebiegała sama wycieczka, jak się spisał Golf i jak wygląda lokalna motoryzacja? Muszę znów złapać floł, więc…

2 Comments on “Oldschoolowe wczasy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*