Starym Golfem na Bałkany cz. 1

Starym Golfem na Bałkany cz. 1

Wojciech Cejrowski powiedział „… wywal lodówkę i jedź…”. Cóż stoi na przeszkodzie żeby tak zrobić? Otóż nic.

Z tego założenia wyszedł nigol_jom i pojechał.

Do Serbii.

Golfem mk1!

Oddajemy mu więc głos.

 

Decyzja!

Pamiętnej zimy roku 2011, nie chcąc jechać z innymi owieczkami na rzeź, postanowiliśmy pojechać gdzieś na własną rękę. Dosłownie. Pierwsze plany opierały się w głównej mierze na podróży autostopem i komunikacją publiczną. Jak to z planami bywa, lubią się zmieniać. I tak, po sprawdzeniu cen biletów i rozkładów połączeń, okazało się że nie jest to takie tanie jak nam się wydawało… O wiele mniej kosztuje podróż własnym środkiem transportu. Dzieląc koszty paliwa na 4 osoby, prawie 3 tygodniowe wakacje, kosztowały jakieś 1700 zł. A to co przeżyliśmy i zapamiętaliśmy – bezcenne. Tak więc Drogie Koleżanki i Koledzy, mamy nasze ukochane autka o które się troszczymy i dbamy, zabierzcie je na wakacje. Im też się należy.

Planujemy!

Planując podróż nie mieliśmy czym jechać! Mimo zamiłowania do marki VW a szczególnie starszych modeli, nikt z nas nie posiadał żadnego auta spełniającego nasze warunki. No bo jechać nowym (w miarę) autem, z klimatyzacją, przyciemnianymi szybami, wygodnym, cichym i oszczędnym to już nie jest przygoda. Bo cóż za przyjemność przelecieć pół kraju autostradą z prędkością 140 km/hi nic nie zobaczyć? Nasz wybór padł na Golfa MK1. Już wyjaśniam dlaczego. Jest to samochód marzeń z mojego dzieciństwa. W latach 90tych miałem coś koło 10 lat, otwarto granice i masowo zaczęto sprowadzać właśnie te auta. Nagle pomiędzy Maluchami i Fiatami 125p pojawiły się nowe kształty… Jakiś sąsiad kupił GTI i nie było na niego mocnego… Inny jeździł i jeździł i jeździł i nic, żaden przegub nie poszedł,  nic się nie psuło… To zapadło w pamięć i teraz po prawie 20 latach wypełzło w całej okazałości. Miał być Golf, ten pierwszy. Po kilku tygodniach szukania natrafił się golfik w wersji cabrio, niedaleko, nie za drogo… Taka niespodzianka. Pojechaliśmy „zobaczyć czy się zapakujemy w 4 osoby”.

Kupujemy!

Po pobieżnych oględzinach zapadła decyzja. Dziś, widząc to auto i wiedząc co wiem, to nie wiem czy bym go kupił. Ale na pewno wiem jedno, już go nie sprzedam. To coś jak z miłością od pierwszego spojrzenia, nie ważne że nogi krzywe czy lekki zez, w oczach jest to „coś”… I tak po pierwszych oględzinach i szybkim przeliczeniu kasy, doszliśmy do wniosku że ponad połowy nam brakuje… Udaliśmy się do banku. Wybraliśmy najbardziej korzystną ofertę, bez procentów, z małą ratą i możliwością umorzenia części zadłużenia. Jeśli macie gdzieś w okolicy to nie wahajcie się, idźcie śmiało do SKOK TEŚCIOWA. I tak zaopatrzeni w niezbędne minimum finansowe udaliśmy się po autko… Z rozregulowanym silnikiem, dziurawym dachem i zawieszeniem poskładanym z trzech typów sprężyn… Na całe szczęście z Kasy Zapomogowej Druga Teściowa dostaliśmy mały zastrzyk finansowy żeby doprowadzić Golfa do stanu używalności, bo zanim osiągnie on stan w jakim jest wiele Waszych autek, upłynie sporo czasu… Najlepsze jednak jest to, że pomimo małych funduszy, pomimo kłopotów z samochodem pojechaliśmy i Golfik zrobił z nami prawie4000 km w 16 dni bez awarii.

Przygotowujemy!

Po zakupie zastanawiałem się jak przygotować auto do drogi? Zmienić płyny, paski? Łożyska czy hamulce? Co zabrać? Jak to naprawić, kiedy się zepsuje? Od pytań i wątpliwości głowa pękała… Po kilku rozmowach ze znajomymi, poszedłem za namową Marka, człowieka który tak wyregulował gaźnik, że zamiast spalania 10 na 100 spalał 8 a nawet 7 litrów. Na te wszystkie moje pytania powiedział: „…jeźdź…”, po prostu… . I tak zrobiłem. Od marca, kiedy to kupiliśmy Golfa, do czerwca przejechałem nim jakieś 2000 kilometrów.  Może niewiele ale starczyło. Okazało się że chłodnica jest zakamieniona i nie chłodzi, zaworki przy gaźniku nie działają poprawnie a co najważniejsze, po próbnym pakowaniu opony darły o błotniki. Pozbyliśmy się większości bolączek (bo w gaźniku do dziś są kabelki i wężyki podciśnienia poprzepinane według pomysłu Marka). Wystarczy jeździć i wszystko samo wyjdzie. Z części zapasowych zabraliśmy tylko elektronikę, a że cała elektronika w tymże aucie to moduł i cewka to nie wiele tego było, dodatkowo jakaś świeca, palec rozdzielacza, srebrna taśma i tretetki. A tak z ręką na sercu to teraz mogę śmiało powiedzieć że nie pojechałbym w tamte rejony europy żadnym nowszym autem. Patrząc na spotykane na drogach modele samochodów można wywnioskować że Golfa 1 i 2 czy Mercedesa w123 naprawią w każdej wiosce bo jeździło tam tego od groma.

Jedziemy!

Nie, jeszcze nie teraz. Musicie poczekać na następną część 😉

CDN

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*