Starym Golfem na Bałkany cz. 2

Starym Golfem na Bałkany cz. 2

Słów kilka o pakowaniu…

Nadeszła pora na wyjazd, ale zanim ruszyliśmy trzeba się było upakować. Chciałbym zwrócić uwagę, że ekipa składała się z czworga podróżników, z których trzy to kobiety, a samochód do dużych nie należał. Aby się zmieścić należało podejść rygorystycznie do ilości zabieranego ekwipunku i do maksimum wykorzystać przestrzeń jaką nam Golfik oferował. Po zapakowaniu namiotu, śpiworów, karimat i części zapasowych, miejsca było akurat tyle, żeby każdy z nas zabrał jeden (JEDEN) mały plecak czy tornister (do 20 litrów) oraz kolejny taki plecak, ale już jeden na dwie osoby, z zaopatrzeniem typu zupki chińskie czy konserwy. Kurtki oraz koce lądowały na tylnej „szybie”, gdzie przy złożonym dachu świetnie wypełniały pokrowiec. Tunel środkowy (pomiędzy kierowcą i pasażerem) został wywalony dzięki czemu zyskaliśmy miejsce na jeszcze jeden plecak. Zupki chińskie upchane były w każdą szczelinę, a było ich tyle że dobre kilka miesięcy po powrocie znalazłem ostatnią dopiero…
W aucie wszystko miało swoje miejsce i kolejność w jakiej miało zostać zapakowane. I tak zapakowani ruszyliśmy w drogę…

Jazda, jazda, jazda….

Pierwsze kilometry były spokojne… Pierwsza granica w Cieszynie, pierwsza winietka na Słowacji, autostrada na Węgrzech i pierwsze kłopoty na granicy. Łukasz i Edyta, jadący drugim autem zarejestrowanym w Wielkiej Brytanii nie mieli przy sobie zielonej karty, co na początku trochę było kłopotliwe, aby pod koniec wywoływać tylko lekki uśmiech. Na każdej kontroli należało do pogranicznika podchodzić indywidualnie…

Bliskie spotkania…

Pierwszy kontakt z localsami to niepozorna Kris, która zaoferowała nam nocleg w Novim Sadzie. Wszystko dzięki serwisowi couchsurfing.org . Nie znaliśmy się wcześniej, nie widzieliśmy się, a Kris dała nam do dyspozycji całe swoje małe mieszkanko. Sama poszła nocować do znajomych. Dla nas był to pierwszy szok. Coś nie do pomyślenia… znajomym to może ok., ale obcym? Przy śniadaniu uzyskaliśmy kilka informacji o tym gdzie jechać i co oglądać, no i wtedy też się pożegnaliśmy. Czas gonił… Do Belgradu prowadziło kilka tras, jednakże za namową Kris pojechaliśmy przez Fruška gora i trzeba przyznać że warto było, bo  właśnie tam spotkaliśmy się z pierwszą śliwowicą 😀 Przy drodze, pod winnicą, co czas jakiś stały sobie kramy z dziwnymi butelkami, to jakże się nie zatrzymać i nie sprawdzić co to? Sprawdziliśmy. Sprzedawca nie liczył centusiów, nie chciał za głupią nektarynę pieniędzy, czy to nie chciało mu się ważyć czy też był uprzejmy, nie rozdawał nektaryny jak kamienie… Na pytanie jak smakuje dana nalewka (a było kilka) dostaliśmy do spróbowania, ot tak po prostu z butelki (oczywiście kierowcy nie pili 😉 ). Po zaopatrzeniu się w owoce i przetwory udaliśmy się w kierunku Belgradu.

Wolna amerykanka…

Belgrad, stolica Serbii. Dzięki forum clubgolfserbia.com nawiązaliśmy kontakt z Predragiem i Aleksem, jak się później okazało, założycielami klubu golfa w Serbii. Bardzo mili goście. Załatwili nam miejscówkę na rozbicie namiotu nad samym Dunajem. Przez dwa dni byli naszymi przewodnikami i żeby tego było mało, za punkt honoru sobie wzięli opłacanie nam wszelkich zachcianek. Parking – płacił Predrag, wstępy – Predrag… nawet jak chcieliśmy coś przekąsić lokalnego nie było nam dane zapłacić a na jakąkolwiek wzmiankę o zwrocie kasy nagle występowała bariera językowa i nie mogliśmy się dogadać. Szacunek im za gościnność i hańba nam…

Jako że Belgrad to duże miasto nie obyło się bez jazdy w kolumnie 3 samochodów. Jest jedna zasada jaką zauważyłem, podwójna ciągła na środku jest nieprzekraczalna. Inych zasad nie ma (no może pojawiają się wraz z widokiem policji…) czerwone światła, znaki ustąp, skręcanie w prawo z pasa do jazdy w lewo, wyprzedzanie na trzeciego z prawej… na porządku dziennym. Mimo ignorowania podstawowych przepisów, jeździło się bardzo przyjemnie, z daleka było widać co inni kierowcy robią czy jaki mają zamiar. Nikt się nie wahał, „…czy jeszcze zdążę na żółtym…”, „…czy uda mi się wcisnąć pomiędzy te dwie ciężarówki…” Jadę. Tak po prostu.

My Presious….

Gościnę u Aleksa zaczęliśmy od kawy, gorącej jak piekło, czarnej jak diabeł, czystej jak anioł, słodkiej jak miłość… najlepsza kawa ever. Nigdy już nie piłem lepszej niż ta zrobiona przez żonę Aleksa, Natalii. Później była rakija… na skosztowanie. To co można było kupić w przydrożnych kramach nie umywało się do tego co było w jego piwniczce… czysty aromat moreli… A tak jakby na sam koniec wieczoru zobaczyliśmy ich samochody… oczywiście VW. Na przykład Golfika MK2 odbudowanego na nowych częściach, podobnego golfika MK1 z tym że tu nawet silnik miał tylko 20 tyś km przejechane. Jak już ochłonęliśmy to następnego dnia do swojego garażu zaprosił nas Predrag, poczułem się wtedy jak dziecko w sklepie z zabawkami. Przestronny garaż na jedno auto, zastawiony regałami i szafkami. I tu sobie leży nówka sztuka maglownica, tam głowica ładnie zapakowana, gumy, czujniki, wahacze, belki tylne… wszystko nówki! Dla mnie wakacje się skończyły, pakuję co się da do auta i wracam a dziewczyny niech sobie jada na stopa (nie zgodziły się… ) Łukasz nabył jakiś regulator którego nie mógł nigdzie kupić… dla mnie to dalej szok… tyle nowych części…

 

Z głową pełną marzeń o powrocie i wymianie kilku (nastu) podzespołów w naszym Golfiku pojechaliśmy dalej… Jako cel obraliśmy Sarajevo…

Galeria 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*